Marlina: zbrodnia w czterech aktach

Rozpalone słońcem, puste wzgórza indonezyjskiej wyspy urzekają surowym pięknem. Dla mieszkającej samotnie młodej wdowy nie jest to jednak bezpieczne miejsce. Gdy do jej drzwi zastuka kilku bandytów, nikt nie usłyszy wołania o pomoc. Nie spodziewają się, że nad ranem kobieta opuści dom z głową jednego z nich zawiniętą w strzęp materiału.

Reżyserka w intrygujący sposób łączy konwencję westernu z kameralnym dramatem, uzupełniając je dokumentalnym zacięciem i sarkastycznym poczuciem humoru. Doskonale panuje nad formą - panoramiczne kadry hipnotyzują, wykorzystane w nich światło jest ukłonem w stronę Caravaggia. Postać wdowy inspirowana była obserwacją mieszkających na wyspie kobiet, ale rytmiczny scenariusz nadaje jej mitologiczny charakter. Podróż bohaterki, szukającej sprawiedliwości, złożona jest z prozaicznych, drobnych wydarzeń, składających się jednak na historię o kobiecej sile. Gdyby ktoś pokusił się o wymyślenie „Mad Maxa” w wersji slow cinema, mogłaby to być właśnie „Marlina”.

Na ekranie

Newsletter

(raz w tygodniu)